
|

Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2001 Gazety Lekarskiej Numer 2001-10 Śladem naszych publikacji
"Nie stać nas na bylejakość"
W wywiadzie zamieszczonym w "GL" nr 7/8 2001 w pytaniu Pani
Haliny Kleszcz adresowanym do Dyrektora Mirosława Mikietyńskiego
przypisano mi poglądy, których nigdy nie wyrażałam. Ani w referacie
wygłoszonym w maju br. na konferencji w Krakowie, ani w jego rozszerzonej
wersji opublikowanej przez Centrum Monitorowania Jakości nie ma żadnych
treści, w których sugerowałabym, że oczekiwanie przez szpitale mające
akredytację wyższego kontraktu czy innej "renty" z tytułu
wysokiej jakości jest wręcz nieprzyzwoite.
Korzyści z tytułu akredytacji (nazwałam je rentą akredytacyjną) są
jedną z form uzyskiwania różnych korzyści z tytułu renty reputacyjnej.
Ta ostatnia kategoria jest niezwykle ważna dla wyjaśnienia mechanizmów
alokacji środków w opiece zdrowotnej, wyborów podejmowanych przez
pacjentów, wyborów odnośnie miejsca pracy podejmowanych przez
profesjonalistów medycznych. W referacie opisywałam różne sposoby
uzyskiwania korzyści, czyli owych rent, podawałam przykłady różnych
rynków, na których pozyskuje się takie renty. Z wywiadu z Dyrektorem M.
Mikietyńskim wynika, że i szpital przez niego kierowany również
pozyskuje rentę akredytacyjną (obronił się dzięki niej przed
pozbawieniem go statusu szpitala wojewódzkiego, łatwiej zdobywa środki
z budżetu, z funduszy na programy restrukturyzacyjne, stał się
interesującym obiektem zainteresowania komercyjnych spółek niemieckich
gotowych do inwestowania). W istniejących uwarunkowaniach systemowych
umiejętność pozyskiwania dzięki akredytacji renty reputacyjnej - to
cenna rzecz. Nie ma w tym nic nieprzyzwoitego! Prywatnie wcale nie dziwię
się dyrektorom akredytowanych szpitali, że widząc korzyści, jakie daje
akredytacja, chcieliby uzyskać jeszcze jedną formę tej renty, wszak każda
złotówka jest teraz na wagę złota.
W czasie konferencji ani nie występowałam przeciwko rencie
akredytacyjnej czy reputacyjnej (takie renty są przecież obiektywną
cechą wszędzie tam, gdzie są wytwarzane profesjonalne usługi trudne do
oceny przez konsumentów), ani nie odwoływałam się do takich ocen jak
przyzwoitość czy nieprzyzwoitość. Przedstawiłam natomiast pogląd,
posługując się teorią nowoczesnej ekonomii, że presja niektórych środowisk
na uzyskiwanie renty akredytacyjnej w postaci wyższych stawek w umowach
akredytowanych szpitali z kasami chorych jest merytorycznie niezasadna.
Szpitale, które w wyniku zewnętrznego audytu zostaną uznane jako
respektujące wymogi jakości w wielu obszarach (w toku akredytacji nie
ocenia się wszak wszystkich), powinny uzyskiwać ekonomiczne korzyści.
Ale nie dlatego, że wymuszą na kasach chorych wyższe stawki dla siebie
(o ile one powinny być wyższe i dlaczego np. o 5 % a nie o 25%?).
Szpitale o dobrej jakości powinny mieć ekonomiczną przewagę w wyniku
zastosowania jednolitych stawek dla medycznie jednorodnej działalności,
otwartych czy półotwartych kontraktów albo globalnych budżetów
(stawki kapitacyjne też prowadzą do globalnych budżetów), a nie zamkniętych
kontraktów, takich jak obecnie, czyli z górnym limitem usług nie
pozwalających wygrywać konkurencji o pacjenta jakością usług. Dobry
szpital powinien mieć rentę akredytacyjną czy inną formę renty
reputacyjnej, ale nie w wyniku wyższych jednostkowych stawek. I właśnie
taki pogląd przedstawiłam w Krakowie.
Ucieszyła mnie końcowa część wywiadu, bo Pan Dyrektor Mikietyński
opowiada się za koordynowaną opieką zdrowotną, którą ja postuluję
nieskutecznie od lat. Tej formy nie da się połączyć z premią w
postaci wyższej stawki za akredytację. Szkoda tylko, że przy okazji
druku tego wywiadu nie zauważono sprzeczności między wołaniem a
superstawkę i opowiadaniem się za stawką kapitacyjną na szerokie
pakiety usług zapewnianych dla liczebnie dużych populacji objętych
opieką danego zakladu czy też opieką sieci współpracujących ze sobą
zakładów.
Katarzyna Tymowska
Gazeta Lekarska - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|